Dłuższa przejażdżka po tych górkach spowodowała, że nasze żołądki zaczęły powoli protestować, dlatego udaliśmy się na przerwę do parku miejskiego. Miejscami mieliśmy nieodparte wrażenie że był to naturalny las jedynie zaadoptowany do roli miejskiego parku przez wytyczenie alejek i przygotowanie miejsc do siedzenia. Jak na takie miasto park zajmował ogromną powierzchnię, można powiedzieć – płuca San Francisco.
Po chwili odpoczynku i spacerze ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu znaków z mewą, które wskazywały 80-cio kilometrową trasą widokową po mieście. Trasa tworzy pętlę wokół miasta łącząc miejsca najbardziej warte obejrzenia, dlatego co jakiś czas skręca również do ścisłego centrum.
Przejeżdżając przez centrum utknęliśmy w dość dużym korku, który mimo wszystko dość sprawnie się rozładowywał i tak kilkadziesiąt przecznic dalej dojechaliśmy pod most Golden Gate. W świetle zaczynającego zachodzić Słońca oraz pokryty lekką mgiełką wyglądał bardzo malowniczo.
Ostatnie kroki w San Francisco skierowaliśmy na plażę – „w stronę zachodzącego Słońca” ;) . To było nasze pożegnanie z oceanem, następnego dnia czekał nas początek powrotu do Domu.

0 comments:
Prześlij komentarz